piątek, 5 lipca 2013

Spóźniona...



Dziś BARDZO, BARDZO spóźniona notka weekendowa, trochę pachnąca wakacjami.

Przepraszam za tak wielkie przesunięcie w czasie, oraz skumulowanie się notatek w jedną długaśną ale miałam pewne problemy "techniczno - czasowe".

 

♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ ♥ ♠ ♦ ♣ 

 

1. Jak szaleć to tylko w rytmie Rock n' Roll'a!



Piątkowy dzień spędziłam na Rock'n'Road Rockabilly Festiwal'u w Strykowie. 20km pod Poznaniem klub motocyklowy Piwersi przy współpracy z ośrodkiem wypoczynkowym Feniks stworzyli swój pierwszy festiwal utrzymany w stylu lat 50’ – 60’.
Świetnym pomysłem było zagospodarowanie tak urokliwego miejsca, lasku i jeziora na festiwal, chociaż trochę szkoda że teren nie jest większy oraz nie nawieziono tam piasku. Mam cichą nadzieję że dzięki festiwalowi to miejsce z roku na rok wypięknieje ;)
Oznakowany dojazd na festiwal porządnymi tabliczkami, nie jakimiś tam kartkami w koszulce, a drewnianymi porządnymi tabliczkami (nieco mało krzyczące ponieważ i tak musieliśmy użyć wstecznego gdy zorientowaliśmy się że był znak ale i tak spełniły swoją rolę).
Wejściówka w cenie 20zł na 3 dni to wg mnie żaden majątek (konwenty 3dniowe z noclegiem potrafią kosztować nawet 50zł, a Jarocin Festiwal to 140zł), choć mój brat ubolewał trochę, że nie było wejściówek jednodniowych (ja mam cichą nadzieję że za rok plaża zyska coś z tych pieniążków ;) ). Pole namiotowe jako nocleg na terenie festiwalu (15zł za 2-3osobowy namiot) to bomba pomysł chociaż podsumowując te oba wydatki to tzw. Wlotka na festiwal wynosi już nie 20zł a 35zł a to i tak póki co warto.
Serdeczne powitania, przyjazna atmosfera, wszyscy towarzyscy, mili i otwarci nawet organizatorzy (tak, tak moi mili czytelnicy! Doznałam szoku gdy organizatorzy chętnie zamieniali parę zdań z przybyszami z mniej lub bardziej odległych stron!)! Wszystko to sprawiło, że gdzieś tam w środku mnie coś zaczęło głośno płakać że nie mogę zostać do soboty czy niedzieli.
Pomimo że widziałam okrojony pakiet atrakcji to i tak było bardzo fajnie.
Zamiast złotówek były dolary. 1PLN = 1$ Na obiad mieliśmy do wyboru karkówkę, kiełbasę, zapiekankę, hot-doga, frytki i... uwaga, uwaga! ślimaka. Cóż to był ten ślimak? Otóż była to chudziutka, a długa kiełbaska zawinięta w ślimaczka i zatknięta na patyczek szaszłykowy by się nie rozpadł. Uroczy i smaczny ślimaczek za 8$.
Z napojów to szczerze pierwsze o czym pomyślałam była Coca~Cola ze szklanej butelki ze słomką. Dlaczego? Ponieważ:
źródło: google.pl
Na zdjęciu: DivaAkasha

Ogólnie pin up kojarzy mi się z Coca-Colą przez klimatyczne szyldy, gadżety czy tysiące sesji zdjęciowych pin-up pijących bądź reklamujących Colę, które oglądałam w Internecie (Do obejrzenia tu -> KLIK! <- ). Ale wracając do napojów na Festiwalu. Na stołach królowały zwykłe napoje w plastikowych butelkach, niebieska oranżada z automatu dostępna u pań sprzedających lody, a oprócz tego gdzie nie gdzie było widać drinki w szklanych butelkach czy whiskey w szerokich szklankach. Mały detal a jednak szkoda trochę że nie było koktajli, kaw, Coli, słomek czy małych parasolek w drinkach.
Nie wiem jak to wyglądało w sobotę ale zabrakło mi też typowo festiwalowych detali jak kukurydzy z wody, popcornu i waty cukrowej czy prażonych orzeszków ale myślę że to przez zbyt mało miejsca więc wybaczam ;)
Na terenie festiwalu znajdowały się plażowe parasolki i stoliki i ławy więc było gdzie usiąść chociaż przygotowaliśmy się na piknik i zabraliśmy kocyk. Nieopodal sceny był duży namiot wystrojony plakatami z poprzednich imprez i zlotów organizowanych przez Moto klub "Piwersi" a także z klasycznymi pin-up'kami, w którym można było posiedzieć bądź potańczyć. Był też sklepik z pamiątkami w postaci koszulek(w cenie 30zł), naklejek czy zapalniczek obok można było nabyć również nieśmiertelniki, motocykle, a za to w sobotę słyszałam że można było zdobyć pierwszy lub kolejny do kolekcji tatuaż. Widziałam że w lesie były dwa place zabaw - dla dorosłych i dzieci. Dorośli mogli ustrzelić coś (zapewne wrogów, znajomych, ukochaną osobę, drzewo bądź innych uczestników festiwalu) z replik broni paintball albo ASG (nie zwróciłam uwagi z jakiej amunicji strzelano).
Nie należy też zapominać że "Piwersi" a także niektórzy przyjezdni przyjechali nie byle czym a motocyklami (tu warto uświadomić że nie były to same Harley'e Davidson'y ale motocykle
Triumph ) a także samochodami wywołującymi u niektórych osób chrzęst kręgów szyjnych, ślinotok czy inne objawy zapatrzenia się na te cacka. Wszystkie te maszyny można było obejrzeć powypytywać o nie lub porobić sobie z nimi zdjęcia. Braciszek marzył usłyszeć dźwięk silnika czarnego pięknego Mustanga i zajrzeć pod jego maskę no i sobie pomarzy do przyszłego roku albo jak kupi sobie własne takie autko.
Koncerty, a raczej koncert (musieliśmy niestety zwinąć się wcześnie) trio Spaceman był rewelacyjny. Podrywał wciąż do tańca i nie pozwalał siadać, choć z początku większość stała kołysząc się lub przytupując potem i tak wielu poderwało się do tańca.

(Jeden z lepszych moim zdaniem kawałków, który udało mi się znaleźć za pośrednictwem bloggera.)

Na zakończenie dodam że w piątek ja i Michellecter (tu polecam zrobić -> KLIK! <- na Jej bloga. Również wspomniała o Festiwalu ;) ) byłyśmy jedynymi Pin-up'kami, przez co miałyśmy nieco więcej atrakcji. (głównie Michell ze względu na nieco bardziej cieszącą oko figurę i strój ale to się wytnie). W galeriach widziałam chyba ze 3-4 klasyczne pin up'ki na festiwalu poza Nami.
*Mam nadzieję że o niczym nie zapomniałam napisać ;)

A teraz... 
zdjęcia i linki do galerii:

Od lewej:  Michell, Mixer (mój brat ♥ ), ja


Michell i ja (zostałyśmy zaproszone przez organizatorów na scenę by po hulać trochę na scenie ) 
i zespół Spaceman

 ehh... Moja mina oczywiście miała być nieco inna....


Linki:
Notka o Festiwalu od CafeRacer

~ Póki co tak ubogo w zdjęcia, ponieważ poluję na zdjęcia od ABC Foto ze Stęszewa (no chyba że gdzieś nie zauważyłam ich), oraz mam nadal cichą nadzieję że mój braciszek prześle mi kilka zdjęć.

♥♥♥Festiwal Rockabilly, do zobaczenia za rok!!! ♥♥♥


 3. Zakochać się w historii Poznania

Nie wspominałam Wam tego chyba jeszcze, ale od jakiegoś czasu w wolnej chwili przeglądam, czytam, szukam, drążę historię Poznania. Nie robię tego jakoś namiętnie (jeszcze) i wychodzi mi to dość nieudolnie, ale jak to śpiewał Grabaż z zespołu Strachy na Lachy (wcześniej z zespołu Pidżama Porno): 

 

Poznań jest ezoteryczny. Chyba każdy dobrze o tym wie, że Poznań jest ezoteryczny. Wszyscy wiedzą że miastem rządzi mafia, a na Wildzie mieszka szatan.
Mało kto zagląda w uliczki czy szuka sekretów tego miasta. Mało kto wie że też mieliśmy gród, królów, mury obronne czy twierdzę... Ja szukając wiedzy i różnych ciekawostek wylądowałam w Poznańskim Towarzystwie Przyjaciół Fortyfikacji (trochę długa i zawiła historia ale nie żałuję).

W niedzielę 23.czerwca był Dzień Twierdzy Poznań.

Spędziłam dzień na wolontariacie w Rezerwacie Archeologicznym Genius Loci ( -> Strona Rezerwatu Genius Loci <- ) gdzie miały miejsce wykłady:

- Umocnienia Poznania w X wieku (mgr Agnieszka Stempin)
- Średniowieczne fortyfikacje Poznania (prof. dr. hab. Zbigniew Pilarczyk)
- XIX Twierdza Poznań (prof. dr. hab. Jerzy Stiller)
po których wyszłam dużo bogatsza w wiedzę i ciekawostki.

Baszty i mury miejskie odnowione znajdujące się tuż przy Komendzie Wojewódzkiej Straży Pożarnej znajdujące się między ulicami Garbary, Masztalarska i Wroniecka


Potem dzięki jednemu z (wielu) przesympatycznych kolegów z Towarzystwa stawiłam się również w Forcie III (w Nowym ZOO), a tam pomimo że miałam nieodpowiednie buty wybrałam się na spacer z kolegami suchą fosą (długa na 850m).



moja miłości - zabójcze platformy


Kilka ładniejszych zdjęć z fosy otaczającej Fort III wykonanych podczas spaceru przez kolegę Michała W.


Linki:
Kalejdoskop w TVP Poznań ( o Dniu Twierdzy Poznań od 9:45 )
__________________________________________________________________________________________
No to by było na tyle z zaległych notatek.
Dziękuję bardzo za wytrwałość tym, co doczytali do samego dołu.
♥♥♥

poniedziałek, 27 maja 2013

Pod górkę. (zaległy post)

Choć maj się jeszcze nie skończył to czuję w powietrzu powiew czerwca a myślami jestem we wrześniu-chcę już szkolne zajęcia.
Matura ustna z angielskiego to nie było takie hop-siup ale zdałam, z polskiego temat miałam bardzo łatwy, przyjemny i czułam się w nim jak rybka w wodzie ale nie przygotowałam się z niego i... zdałam. Owszem mogłam przygotować się do niego perfekcyjnie wykuć na blachę i powalić ich na kolana bo temat jest dla mnie jak chleb powszedni, ale podeszłam do tego trochę na luzie.

Po maturze zabrałam się za szycie. Kupiłam materiał SOFIA w IKEA i zabrałam się za poszukiwanie wykroju ukochanych wąskich spodni w tonie gazet. Oczywiście nowoczesna Burda oferuje niewiele wykrojów i w dodatku wiele rzeczy na jedno kopyto jak w sklepach. Żeby nie było że nie lubię nowych numerów, ale uważam że mogliby dać spodnie z normalnym albo wysokim stanem a nie tylko biodrówki, a rzeczy dla "plus size" mogłyby być niektóre również i dla tych drobnych. Miałam zamiar przerobić wykrój biodrówek jakoś, ale postanowiłam poszukać czegoś w starych wydaniach. I tak oto w Burda Moden ze stycznia 1980


znalazłam model 101 - wykrój idealny. Przerobiłam kieszenie i spodnie byłyby w sumie dziś gotowe gdyby nie fakt że nie każdy rozmiar 36 jest dobry na moje duże biodra - rozmiar 38. Na szczęście zostawiłam dość dużo dodatku krawieckiego dzięki czemu wystarczy rozpruć w kilku miejscach szewek... argh! to jest najgorsze co może być! prucie i zszywanie na nowo... No cóż. To mnie troszeczkę zniechęciło do dalszego szycia moich cud miód spodni (odpowiedź dlaczego te spodnie są takie boskie znajdziecie w następnym poście), ale to nie jest problem który wstrzymał pracę. Otóż pewnej pięknej nocy gdy ptaszęta cudnie ćwierkały, usłyszałam niepokojące dźwięki dochodzące z pod mojego biurka. Myślałam że to w rurach, u sąsiadów czy w szybie wentylacyjnym pomiędzy ścianami... Otóż nie. Biurko przymocowane do ściany pod ciężarem sprawiło że tynk osłabł i wykruszył się. Maszyna przestawiona, biurko na jednej nodze stoi ni to w powietrzu ni to wsparty na tym co zostało na ścianie... Na szczęście ukochana Mamusia udostępniła mi pół stołu. To jednak nie jedyne zmartwienie. Bluzka którą szyłam ostatnio nie wyszła mi taka jak chciałam, a materiał a dokładnie pościel z IKEA która była mi potrzebna do szycia została wycofana ze sprzedaży. Pewnie pytacie czemu szyłam z pościeli z IKEA... otóż wyjaśniam cały sekret tego materiału. Metr białej tkaniny kupiony w pasmanterii ma bardzo różne ceny. Z kolei kupując pościel z IKEA o wymiarach 150x200cm za około 7zł miałam dwa metry materiału (3,50 za 1metr!) Materiał ten miał tylko jedną małą wadę. był prześwitujący i zwiewny. Na całe szczęście miałam w domu trochę tej pościeli. Zaczęły z niej powstawać dwa twory (więcej w następnych notkach ;) ) Z reszty materiału SOFIA z IKEA powstaje torebka. Taka mała fikuśna, śmieszna, tylko brakuje zamka.

Póki co praca stanęła. Robota nie zając, a w sobotę byłam w Poznaniu w sprawach biznesowych na sushi i piwku. Drobny deszczyk uprzyjemnił pobyt szkoda tylko że było tak bardzo zimno.


Podczas przerw od projektów, maszyny, komputera i domowego obijania się i przy dobrej pogodzie wybrałam się parę razy na ogród mamy. Jeśli nie siedziałam i delektowałam się świeżym powietrzem to wyrywałam trawę która rozrasta się by ograniczyć rozrost kwiatów na rabatach lub pieliłam ziemię pod grządki czy ścieżynki. Podczas długiego weekendu majowego będąc z rodzinką na "Majówce w Botaniku" kupiłam rzadkie okazy lilii, mięty pieprzowej i rojniki, no i oczywiście musiałam kupić sobie coś cieszące moją kobiecą duszyczkę a mianowicie pojemną torebkę a la worek. Czymże byłaby kobieta gdyby nie kupiła sobie czegoś praktycznego, cieszącego oczy i duszę. A propos zakupów udało mi się upolować bardzo tanio co prawda niemodne już ale cieszące mą łakomą duszyczkę drobiazgi w postaci opaski spike i bransoletki z ćwieków, gdy wracałam z matury. <3

Oczywiście zdjęcia będą w niedalekiej przyszłości mam nadzieję a tym czasem... do następnej notatki ;)

Kabum!

Dziś w tę piękną majową niedzielę wraz z moją Mamusią obejrzałyśmy historię... bikini. Znacie tą historię? Dla mnie to niesamowita nowinka i duża dawka ciekawej historii odzieżownictwa, a także kobiet w Europie i USA na przełomie lat 1930-1970.
Czy wiecie że dwuczęściowe stroje kąpielowe powstały w USA na skutek oszczędności materiałów i cięć budżetowych?




Każda patriotka musiała nosić dwuczęściowy strój na znak miłości do ojczyzny. Wysokie majtki zasłaniały pępek a staniki były zabudowane.
Pomyślcie że ponad kilkanaście lat wcześniej przed zaistnieniem strojów dwuczęściowych były wymagane stroje kąpielowe jednoczęściowe przypominające sukienki które były bardzo rygorystycznie sprawdzane przez "policję plażową" chodzącą z miarą czy nie odsłaniają zbyt wiele.



Zbyt krótki i zbyt wiele odsłaniający strój kończył się wyrzuceniem z plaży, złą reputacją i plotkami. Jak na nasze czasy jest to nie do pomyślenia.
Ale wróćmy do historii bikini. Pewien inżynier samochodowy będąc na plaży zauważył, że kobiety ukradkiem rolują staniki i wysokie majtki by opalić więcej ciała. Ta obserwacja zaowocowała pomysłem by stworzyć nieco bardziej skąpy strój kąpielowy. Louis Réard postanowił zaprezentować strój 5 lipca 1946 roku na terenie publicznego basenu Piscine Molitor w Paryżu. Nazwa stroju kąpielowego wywodzi się od nazwy atolu Bikini gdzie były w tym czasie przeprowadzane próby jądrowe. Louis spodziewał się że reakcja na nowe zjawisko będzie efektem zbliżonym do wybuchu bomby atomowej dla konserwatywnego świata mody i stąd nazwa. Réard nie mogąc znaleźć modelki, która byłaby na tyle odważna, by ubrać niezwykle skąpe jak na ówczesne czasu bikini i ostatecznie wynajął do tego celu wodewilową tancerkę - Micheline Bernardini.

Bikini zostało bardzo dobrze przyjęte przez męską część publiczności ale wywołało równie wiele kontrowersji. W wielu krajach bikini zostało zakazane. Czemu? Ponieważ bardzo wielu ludzi w tych czasach uważało że odsłanianie pępka to coś niedopuszczalnego, intymnego jak druga wagina.
Po latach bikini powróciło z wielkim Bum! kiedy to Brigitte Bardot pojawiła się na Festiwalu Filmowym w Cannes w kwietniu 1953 roku ubrana w bikini. Dzięki temu młoda aktoreczka dostała się do środowiska celebrytów, a także bikini zostało zaakceptowane.

Od tam tego wydarzenia każda nastolatka chciała być jak Brigitte i nosić bikini.


Nie długo lato. w tym sezonie modne są stroje a la pin-up girls.
A Wy jakie stroje kąpielowe preferujecie? Skąpe trójkąciki, standardowe dwuczęściowe bikini, czy bardziej zabudowanie stroje z wysokimi majtkami czy jednoczęściowe stroje???


Źródło zdjęć: google

niedziela, 12 maja 2013

Maturalnie...

Witajcie na moim półmetku maturalnym. Nie, nie jestem rocznikiem maturzystów, jestem o kilka lat starsza i (WRESZCIE) ukończyłam średnią szkołę dla dorosłych. A od września robię dwa kierunki/fakultety (nie wiem jak to nazwać) które będą uzupełnieniem mojego zawodu. Już nie mogę się doczekać pierwszych zajęć... Ale wracając do matury. Te wszystkie lekcje przygotowujące, testy teściki, korepetycje, stres... To nie dla mnie. Szczerze z ręką na sercu przystąpiłam do matury bez przygotowania. Uznałam co będzie to będzie. Poza tym moje serce i myśli było gdzieś indziej i nie byłam w stanie myśleć o takiej błahostce jak matura. Pierwszy dzień czyli język polski. W pierwszej części miałam interesujący tekst o świecie zawartym w czterdziestu czterech zerach. W drugiej do wyboru "Przedwiośnie" lub porównanie "Gloria victis" i "Mazowsze". Poszło mi trochę marnie. Drugiego dnia była matematyka. Według mnie była bardzo prosta dla tych co się uczyli czyli nie dla mnie. To co umiałam zrobiłam dobrze a reszta jest kwestią ustrzelenia 15punktów i zaliczenia. Angielski trzeciego dnia jest totalną pomyłką. Uczyłam się angielskiego od około 14lat ciągle od początku, więc myślę że wolę pojechać do Anglii lub zapłacić kumplowi by mnie nauczył biegle posługiwać się tym językiem. Polska edukacjo języków obcych zgiń i przepadnij!
W nadchodzącym tygodniu mam ustny angielski i polski. Tu stresik jest raczej nieunikniony.
Podsumowując uważam że matura jest tylko dla tych którym bardzo zależy na dostaniu się na jakieś wymagające studia marzeń czyli nie dla mnie. Dla takich nie wymagających ludzi to według mnie na dzień dzisiejszy pikuś (zobaczymy jakie będzie moje zdanie na temat matury gdy dowiem się ile uzyskałam punktów z poszczególnych przedmiotów). Po co straszenie i szopki odstawiane z pytaniem "Uczycie się do matury czy jeszcze nie zaczęliście?" czy straszenie ludzi "Nie zdasz!" Nie zdam to nie zdam. Jest to darmowe i za rok mogę poprawiać więc nie muszę niszczyć sobie życia ucząc się rok albo dwa na przód zwłaszcza że potrzebuję tylko minimum czyli usłyszenia "Zaliczyła Pani wszystkie przedmioty!" Największy stres wywołują u mnie jednak ustne egzaminy maturalne oraz egzaminy rekrutacyjne na wymarzone studia.

Teraz lepsza część posta ;)
Na maturę trzeba było się ubrać jak to mawia moja mama "odświętnie", więc postanowiłam założyć obcasiki, białą męską koszulę i spodnie z kancikiem. (Niestety jak zwykle tu powstaje wieeelki żal, że nie posiadam aparatu i zdjęć. no cóż musimy przeżyć.) Tak mi się spodobał mój wygląd w tej koszuli i spodniach że dodałam koszule jako obowiązkowy element szafy.
Dla tych którzy umieją patrzeć oczami wyobraźni: Krótkie białe włosy z grzywką na prawą stronę, niewymalowana, długie rzęsy, koszula lekko rozpięta i pozostawiona na wierzchu-nie wpuszczona w spodnie, długie proste spodnie z kancikiem i niskie obcasy. Do tego ręce w kieszeniach i luzik. Mi się to skojarzyło zaraz z stereotypową lesbijką ale to pewnie wina mojego spaczonego umysłu.

W ostatniej części postu...
Kombinuję nad projektami i sesjami zdjęciowymi. Nie wiem od czego zacząć... Rośnie wciąż ilość pomysłów do uszycia ale muszę zarobić najpierw na materiały (a setka materiałów w domu... no cóż.). Z chęcią coś komuś uszyję - ktoś chętny?
Zapraszam do przeglądania moich stron, fanpage'a i do współpracy.

Coś bym jeszcze popisała ale nie będę Was zamęczać reklamami swoich stron i zaprzyjaźnionych artystów :P

środa, 1 maja 2013

Liebster Blog Awards!

Jako wierny pies po upadku w błoto czas wstać i otrzepać się po takim ciosie. Może jutro wyjdzie piękne słońce i miłość rozkwitnie na nowo.... Kto wie...

A tymczasem.
Zamierzałam coś ciekawego wrzucić, ale dziś jednak zamieszczę post trochę taki wg mnie rozrywkowo-zabawowy, ponieważ zostałam nominowana przez Sylwię vel Vammpi. Oczywiście bardzo dziękuję za uznanie :)



"Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach lepszego poznania się i uznania za dobrze wykonaną pracę na blogu. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób i zadaje im swoje 11 pytań. Nie wolno nominować osoby, od której dostało się wyróżnienie."

Oto moje odpowiedzi na zadane mi pytania:
1. Jaka jest Twoja ulubiona książką?
Siewca Wiatru Kossakowskiej.
2. Ile razy dziennie sprawdzasz maila?
Co najmniej dwa razy dziennie.
3. Możesz zamieszkać w całkowicie innym świecie, miejscu, krainie - co wybierasz?
Ohoho... Najtrudniejsze z pytań. Bardzo ciężko powiedzieć. Najchętniej zmieszałabym wiele światów ze sobą. Kocham moje rodzinne miasto, ale i naturę tak bardzo że gdyby wymagałoby tego życie żyłabym niczym mieszkanka lasu żywiąca się owocami, ziołami i mięsem upieczonym w ognisku. Z innej strony z chęcią przywdziałabym suknie....
4. Zbiór opowiadań czy powieść?
Powieść.
5. Masz smartfona (jak nie masz to załóżmy, że masz). Nadal wysyłasz smsy i dzwonisz, czy komunikujesz się wyłącznie przez fejsa/skype/gadu?
Jeszcze jestem na etapie "wolę smsy" (choć nie mam numeru do wszystkich ludzi których numer chciałabym mieć xD) ale przez rozmowność moich znajomych "pogaduszki na fejsie" są lepsze.
6. Gdybyś mógł(mogła): władać wszystkimi językami świata lub sprawić, że wszyscy ludzie zaczną władać jednym - co byś wybrał(a)?
Wolałabym znać wiele języków. Wiele z języków jest pięknych i urzekających więc po co upraszczać życie jednym językiem dla wszystkich? :P
7. Jakie wampiry preferujesz: w stylu Lestata, eleganckie, mroczne; bezwzględne bestie z dawnych legend i podań; słodkie i błyszczące niczym Edward; futurystyczne jak w filmach "Underworld" lub "Daybreakers"?
Co to za pytanie?! Oczywiście że wampiry a la Lestat!
8. Brzydzisz się krwi, jest Ci neutralna, czy wręcz ją lubisz?
Uwielbiam krew. Jej kolor najbardziej.
9. Ile lat chciał(a)byś żyć.
Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Fajnie by było dożyć ciekawych wydarzeń w dziejach historii czy ewolucji, ale nie chciałabym cierpieć przykuta do maszyn czy urządzeń na pół martwa niczym roślinka, a także nie chciałabym sprawiać problemów bliskim. Dopóki będę "mobilna" bezproblemowa i z kimś kto byłby mi rodziną to z chęcią dożyję i setki.
10. Konwent czy koncert?
 Oczywiście że konwent!
11. Zyskujesz moc, która sprawia, że spotykasz i zaprzyjaźniasz się z "gwiazdami i sławami świata". Jest jedno ograniczenie. Możesz wybrać: aktorów, muzyków, pisarzy, malarzy. Na którą kategorię się zdecydujesz i dlaczego?
Argh. Ciężkie to pytanie, ale myślę że malarzy. Z doświadczenia wiem że malarz zwłaszcza tradycjonalista odpędza sen z powiek by spłodzić swe kolejne dziecię małe czy duże. Uwielbiam patrzeć jak oprócz kolorów, nakłada on na płótna swe emocje czy historie. Oprócz ostrych machnięć pędzlem widzę pragnienia, ból, łzy, wspomnienia. Dobry malarz zdradza na płótnie rąbek swej tajemnicy życia, poza tym jego prace można odczytywać na sto sposobów i za każdym razem widzi się w nich co innego. Czasem nawet siebie samego.

Uff! Przebrnęłam przez 11 pytań! Nie pominęłam niczego? Dziękuję jeszcze raz za nominację i pozdrawiam!
Wybaczcie że nikogo nie nominuję ale osoby których blogi obserwuję nie bawią się w gierki blogowe :( chyba że o czymś nie wiem. 
Piszcie, komentujcie, proście o pytania a będą Wam dane ;)

W ramach rekompensaty podlinkuje strony warte odwiedzenia :)
2. pisarka - Sylwia Błach - fanpejdż (przy okazji zapraszam do codziennego wsparcia Sylwii w konkursie Wybory Miss Polski na wózkach - Głosuj na Sylwię "VamppiV" Błach!!!

wtorek, 20 listopada 2012

Listopadowo...

I nastał niezwykle mglisty listopad....

Wciąż ubolewam nad niedysponowaną maszyną do szycia. Czekam na wypłatę by zatrudnić mechanika oraz wreszcie zakupić silnik, czekam również na silną motywację by przerobić pokój w stanowisko pracy krawieckiej. Póki co wciąż czaję się na walające się po pokoju kawałki ubrań i materiałów. W głowie wirują mi wizje, nawet podczas snu - jestem jak opętana. Znalazłam jednak jakiś sposób na to szaleństwo-zaczęłam grać w The Elder Scrolls V Skyrim. Może wreszcie znalazłam czas by skończyć tą grę od początku do końca? Było by zacnie.
Przy okazji pozdrowienia dla Karun'a Moeris'a pewnego Ayleidzkiego Elfa (postać RedMorpho -> galeria jej prac warta obejrzenia ;) <- )

Od kilku dni zastanawiam się czy nie zrobić kilka recenzji na blogu póki maszyna stoi nieczynna. Myślę że byłoby to dobrym pomysłem (przy okazji potrenowałabym moje marne zdolności pisarskie*)


Wiedzieliście że każdy może mieć swoją restaurację? Od niedawna w Polsce istnieje Restaurant Day (KLIK!) dzięki niemu każdy może przez jeden dzień mieć swoją własną restauracyjkę z kolei przechodnie mogą skosztować Twoich wyrobów. Możesz zaszokować ludzi niezwykłym wyglądem, składem oraz smakiem.

Moje pierwsze spotkanie z Restaurant Day...
17. listopada w późnych godzinach popołudniowych szlajając się bez celu po Starym Browarze czekałam bus do domu. Przechodząc z Atrium do Pasażu zauważyłam że coś się dzieje na Dziedzińcu Sztuki. Przemknęłam przez szklaną taflę dzielącą mnie od placu. Ciekawski tłum zasłaniał cudowne zjawisko. Stragany! Uwielbiam straganiki! Mają w sobie coś kuszącego... Tajemniczość, urok zbitych desek, albo tego co czasem oferują? Podeszłam bliżej. Pierwsze co ujrzałam to krzątające się za ladą młode kobiety i małe chorągiewki zatknięty w "czymś". Jedzenie! Uwielbiam rajskie rozkosze dla podniebienia! Pierwsza myśl jaka przeszła przez moją głowę "To pewnie tylko dla wybranych - dla VIPów, celebrytów, ludzi z jakiegoś prywatnego festiwalu" potem pomyślałam "A jeśli jednak dla szerszej publiki - dla każdego? Jeśli tak, to czy będzie mnie stać na taką okazję?" Pokręciłam się przyglądając się z zafascynowaniem odkryciom znajdującym się na straganikach. Przysłuchując się dyskusjom by wybadać sytuacje dowiedziałam się, że są to stoiska blogerek. Widząc że dopiero zaczęły się rozkładać poszłam do Empiku zaopatrzyć się w potrzebny mi srebrny rysik. Wracając zauważyłam że tłum ludzi się zwiększył, a ich portfele wyskoczyły z ukrycia. Dumni posiadacze łakoci zgarbieni nad papierowymi naczyniami zajadali zdobycze stojąc nieopodal. Oczy mi zabłysły. Niczym wygłodniały student przeliczyłam niezwykle ograniczony budżet i dopadłam do ostatniego stoiska bloga "Kuchnia Agaty" na którym upatrzyłam zupkę wykonaną z pieczonych warzyw. Ciekawość i myśl że zaleję nią głód zadecydowała o jej kupnie. Intensywny zapach warzyw niesamowity! Pierwszy łyk - "gorące pyszności!", drugi łyk - "Ależ ona ostra!". (Dla miłośników zup krem z warzywami i piekielnie ostrych dań zamieszczam link do przepisu.) Zupkę wypiłam przyglądając się ludziom siedząc na specjalnie przygotowanych siedziskach będących odwróconymi do góry dnem skrzynkami z poduszką obmyślając kolejny atak. Następnym celem był pierwszy z brzegu stragan "Maleństwo" różnorodność na stoisku spowodowała że nie wiedziałam co wybrać. Jako że "Ślimaczek" niewiele powiedział mi o sobie postanowiłam zaryzykować wybierając jedną z pośród dwóch muffinek. Do wyboru miałam marchewkową i majonezową. Jako że ciasto z marchewką mojej cioci w przeszłości smakowało niestety fatalnie bałam się zaryzykować. Ostatecznie wygrała majonezowa. Spodziewałam się typowego majonezowego smaku. Muffinka jak muffinka tyle że tłustsza. Zasłużyła u mnie na miano "Tłuścioszki. A trzeba było kupić jednak ślimaczka albo marchewkową... Resztkę pieniędzy postanowiłam przeznaczyć na stragan kakaem i czekoladą płynący istny raj dla czekoladoholików jaki stworzył "REJ CAKE". Ciasteczka, torty, tarty, tajemnicze kuleczki... Stojąc błagałam by starczyło mi jeszcze na coś. Stojący obok mnie przesympatyczny Pan w euforii dorzucił mi się na jego zdaniem najlepszą rzecz na straganie zapewniając, że warto. Kasztan. Czarna jak noc kulka z białą plamą na patyku owiana tajemnicą co kryje w środku. Ostrożnie przegryzłam czekoladową skorupkę po czym spróbowałam środka. Masa pod czekoladą wciąż nie daje mi spokoju. Niebo na Ziemi zawarte w małej kulce. Jednak co to było nadal jest tajemnicą stoiska. Podejrzewam że jeśli dopnę swego i dowiem się co jest tajemnicą tej pyszności to straci ona swój urok ale pomimo to będę szukała przepisu.
Nie mogę się doczekać następnej takiej akcji!

Artykuł oraz zdjęcia na stronie Gazeta.pl -> KLIK! KLIK!

Dodatkowo dla Facebook'owiczów i Facebook'ocholików(m.in.zdjęcia!) :
- Fanpage Restaurant Day Poland na Facebook'u -> KLIK!!
- Fanpage Restaurant Day Poznań na Facebook'u -> KLIK!
_________________________________________________________

DOBRANOC ;)

piątek, 26 października 2012

październikowa karuzela...

Witam Was mgliście w październiku.
Ostrzegam, że notatka będzie raczej zbiorem relacji z życia i przemyśleń.

Zacznę od smutnej wieści iż w pierwszej połowie miesiąca odszedł do zaświatów ok. 30letni, silny i wytrwały, silnik TUR-2... Mówiąc wprost? Silnik od maszyny do szycia mi się spalił więc moje ż(sz)ycie straciło sens. Nie chce mi się nawet ręcznie pracować wiedząc że mam niesprawną maszynę. Tydzień później odnalazłam nadzieję. Znajomy okazał się być hobbystycznie znawcą i mechanikiem maszyn. Wróciła mi dzięki niemu wena twórcza, za sprawą której znów zaczęłam w głowie tworzyć świat wyłożony tkaninami i projektować lub kombinować nad strojami. Moje myśli silnie skupiły się na znajomej w starszym wieku która jest osobą o bardzo nietypowej figurze, a jak to na kobietę przystało chce wyglądać ładnie oraz ukryć swe niedoskonałości. Dyskutując z bardziej doświadczoną krawcową, doszłyśmy do wniosku że musi mieć ubrania szyte na miarę głównie problemem jest górna część ciała więc byłyby to bluzki, żakiety, płaszczyki i sukienki. Tył ubrania musi być większy na szerokość oraz długość ze względu na mocno zgarbioną postawę. Trzeba jakoś ukryć bądź zretuszować różnicę długości barków i krótki korpus. Bluzki kopertowe wiązane oraz z marszczeniem odpowiednio dobrane i uszyte wyrównają barki oraz mniej więcej wyrównają krzywą,  talię. Wiele modeli w Burdzie po drobnej przeróbce nadaje się dla takiej osoby. Może kiedyś zajmę się takimi cudownymi wyzwaniami...


Ludzie i znajomi nie biorą mnie na poważnie. Wielu się odwróciło ode mnie co było dla mnie niczym burza z piorunami w słoneczny i bezchmurny dzień. Dosłownie. Pomimo że się zanosiło.

"Żegnaj" echem obija się o moją duszę non stop. Ja nie mówię "żegnaj" Poczekam na Ciebie. To tylko burze w naszych duszach. Przeczekam.

Jak to jest że znajomi (mowa tu w sumie o pewnym męskim typku) uważają że są "pomocni" dają "dobre rady", chętnie się spotkaliby na kawie a omijają Nas szerokim łukiem i wystawiają do wiatru bawiąc się w nie odpowiedzialnych i nie biorących Nas poważnie sk*rwieli... "On jest poprostu **ujem!" to chyba mało powiedziane...

Całe to nie branie mnie na poważnie to wina mojego ja z przed pół roku. Teraz jestem nieco inna. Zmądrzałam - mówię komuś na co on wybucha śmiechem. Jego wymowne zachowanie mówi mi "przecież ty NIGDY nie dorośniesz!". Heh. Nigdy nie mów nigdy.
Nikt nie rozumie mnie... Po prostu pewnego pięknego dnia obudziłam się i stwierdziłam że owszem dążę do pewnych celów ale nic z tym nie robię nawet jeśli chodzenie do szkoły to nie jest nic nie robienie.
Mówiłam Wam już że od sierpnia się tak jakby edukuję? Coś tam pewnie napomknęłam w poprzednim poście. Niektórym powiedziałam że zamierzam rozwinąć skrzydła, wziąć pewne sprawy w swoje ręce i założyć firmę. Nikt mi nadal nie wierzy... Edukuję się właśnie po to by urosły mi skrzydła bym mogła spełnić swe marzenie. Nawet nie wiecie jakie to wykańczające, stresujące i spędzające sen z powiek... Brakuje mi co najmniej 4 osób (w tym co ponad 2 osoby bezrobotne z mojego powiatu bądź gminy). Najlepiej osób kreatywnych, pomysłowych, uzdolnionych plastycznie... Nie jest łatwo...
Więc podsumowując zobaczymy za kolejne pół roku co wyniknie z mojej edukacji i zaangażowania. Przy odrobinie szczęścia i pomyślnych wiatrach będę się śmiać z tych co dziś mnie wyśmiewają...

Z chwalenia się powiem jeszcze że zabrałam się za rysowanie. ASP w Poznaniu mnie wzywa. Czuję że to moje święte powołanie. Co prawda wciąż rysuję potwornie jak kaleka ale bardzo się staram przelać na papier emocję oddać stan duszy, uwolnić się z ludzkiej powłoki i odcieniami szarości ukazać swoje wrażliwe wnętrze... W hołdzie moim idolom i autorytetom. Wiem że pewnego pięknego dnia stwierdzę że nie umiem, nie dam rady lepiej rysować i że ręce mam obolałe, zdrętwiałe od kurczowego trzymania ołówków, ołówki połamię a sama utonę w bohomazach ale pomimo to wciąż walczę i będę walczyć z tą ułomnością...


W następnych postach (jak nie zapomnę) recenzja moich kosmetyków.

Już późno, i nie pamiętam co miałam napisać jeszcze (poza tym i tak myślę że za dużo niepotrzebnych bzdur Wam napisałam-sorry), więc to co mi się przypomni dopiszę w następnym poście. A tym czasem życzę dobrej nocy - Oyasumi nasai.

czwartek, 14 czerwca 2012

Artistic

Po wielkiej burzy wyszło piękne słońce.
Była chwila kiedy to moja szansa na świetną sesję zdjęciową na konkurs z maszyną do szycia umarła. Wściekła? byłam... potem był wielki smutek. Gdy nagle dowiedziałam się że znalazło się trochę czasu by zorganizować sesję-ciekawe co z tego wyjdzie....
 
Z nowinek:
Fotograf Way of Art ( klik! ) zrobił sesję fotograficzną z moim płaszczykiem w roli głównej tu! ! Jestem zachwycona!
A oto...
mój płaszczyk w roli stroju Czerwonego Kapturka.



Mam wieści. Tworzę swój fanpage na facebooku. Będzie zabawnie.
Ruszam także z produkcją biżuterii z zamków błyskawicznych i innych rzeczy - zobaczymy co z tego wyjdzie ;)

Trzymajcie kciuki!

wtorek, 5 czerwca 2012

szyję po to by żyć...

Dlaczego szycie?
Kiedyś uszyłam kilku lalkom ubranka, będąc młodsza ubierałam się trochę inaczej niż wszyscy. Trochę strojów rysowałam.
Gdy przyszło do wyboru szkoły chciałam iść do technikum odzieżowego lecz Mama poleciła mi by wybrać technikum gastronomiczne. Tona nauki, biologia, chemia i zawrotne tempo toku nauczania-to nie dla mnie pomimo że kocham jedzenie. Starałam się wytrzymać dłużej niż 1,5 roku ale nie dałam rady. Ulitowali się nade mną i przenieśli mnie do grupy szalonych krawcowych (niestety w zawodówce - gdyż z powodu małej ilości chętnych nie utworzyli klasy technikum). Szło mi lekko cudnie i byłam szczęśliwa. Próbowałam swoich sił w Ogólnopolskim Konkursie Dla Młodych Projektantów "Mała Pętelka" pomimo, że nauczycielki rzucały mi kłody pod nogi-nie wygrałam żadnej nagrody oprócz doświadczenia i świetnej zabawy. Najmilej wspominam Nauczycielkę, która chwaliła mnie, mówiła o mnie wiele dobrych rzeczy, oraz dała mi nadzieję i dodała sił do walki o lepsze wykształcenie, więcej wiedzy i umiejętności. Dzięki niej dziś marzę i planuję rozwinąć się na kursach oraz studiach.
We wszystkich postępach dopinguje mnie i podtrzymuje gdy zaczynam się poddawać mój Ukochany. To On wynajduje mi dziwne zadania krawieckie i dba bym nie przestała myśleć o moich marzeniach. Cieszę się, że mam kogoś takiego jak On-bez Niego nie dałabym rady.
Co z tego wyjdzie? Mam tylko nadzieję że nie skończę w spożywczaku....



Piszę i piszę o sobie i swoim szyciu... Ale wypadałoby napomknąć o Blogerce która stała się inspiracją dla mojego skromnego bloga ;)
Marchewkowa non stop szyje non stop pisze ciekawe rzeczy. Z ręką na sercu przyznaję się że zaglądam na jej bloga rzadko ale zawsze przeglądam kilka - jak nie kilkanaście postów na raz.
Gorąco polecam jej bloga.


Tymczasem w pracowni krawieckiej...
Dziś w przypływie natchnienia oraz jako wyraz buntu (nie rozdrabniajmy się z opowieściami jak to moja kochana Mama skrytykowała moje zamiłowanie do szycia prostych sukienek) postanowiłam uszyć nie przekonującą mnie się sukienkę z Burdy 1/2012.
Chwyciłam materiały (DITTE 9,99PLN/metr z IKEA) czerwony i czarny i postanowiłam uszyć dłuższą o około 20 centymetry awangardową sukienkę. Ciekawa jestem co z tego szycia wyjdzie. Leży częściowo wykrojona (zostały mi dwa środkowe czarne przody), a jutro zszyję ją czerwonymi nićmi i mam nadzieję zaprezentować moje dzieło wieczorem.



Dziś notka dłuższa-mam nadzieję że nie nudna....
;)

niedziela, 3 czerwca 2012

Czerwiec...

Myśląc o ukochanym Czerwcu mam na myśli egzaminy ogłaszające nadchodzący koniec szkoły i ciepłe dni, ciepły-letni deszcz, burze i spacery w świetle gwiazd... A tu zostały mi dwa egzaminy do zdania, pogoda nie zachęca do spacerów, w nocy jest około 8stopni i wieje tak że łeb urywa.

Aktualnie poszukuję pracy stałej, dorywczych i drobnych misji.
Zastanawiam się nad otwarciem fantastycznej pracowni krawieckiej, ale kogo do spółki i... koszta! D: Materiały, nici, igły szpilki, wszystko kosztuje ;/

!!! Póki co, jeśli ktoś chce bym coś mu uszyła-zapraszam! Biorę niewiele bądź usługa za usługę! Odmawiam jeśli nie posiadam materiału, produkt jest za ciężki do wykonania lub gdy maszyna nie współpracuje z danym materiałem.

Płaszcz czerwonego kapturka ukończony. Jest niesamowity-jestem z siebie dumna.
A tu zdjęcia z pracy nad owym płaszczykiem Czerwonego Kapturka ;)
Pracując ;)
(na zdjęciu:
SY Zestaw do Szycia 15szt. z IKEA - 49,99PLN
oraz
DITTE tkanina czerwona z IKEA - 9,99PLN/metr)

 Zdjęcie z "in progress"


Łucznik ogłosił konkurs na zdjęcie z maszyną do szycia w roli głównej. Mam nadzieję na chociaż wyróżnienie. Ciekawe jak wyjdą zdjęcia. Trzymać kciuki ;)